Bangladesz.

Zapiski na kolanie.

Wstęp

Każdy kraj ma jakąś wizytówkę, którą odwiedzają miliony turystów: mauzoleum Taj Mahal w Indiach – symbol wielkiej miłości, Machu Picchu w Peru – majestatyczne miasto Inków, czy choćby starożytne Koloseum we Włoszech.
A czy jest coś takiego w Bangladeszu? I czym w ogóle może zadziwić ten kraj? Nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Dlatego zapraszam na krótki foto spacer, w trakcie którego pokażę Wam ten Bangladesz, jakiego doświadczyłam podczas mojej podróży…

Kluczowe punkty

Gościnność bez granic
Poczuj się jak Julia Roberts
Mit o autobusach „zabójcach”
Największa plaża świata

Długość prelekcji

50-90 min

Początek

Pomysł na podróż w stronę Bangladeszu narodził się spontanicznie. Nie miałam sprecyzowanych planów, ani miejsc na swojej liście. Miałam natomiast wewnętrzną ciekawość bliższego poznania tego dość rzadko odwiedzanego kraju oraz weryfikacji dotyczących go stereotypów.

Ponieważ miałam kontakt do przyjaciela z Dhaki, wykonałam jeden telefon i od razu było wiadomo, że nie jadę do Bangladeszu jako turystka, ale jako honorowy gość lokalnej rodziny.

Ojciec i syn. Cox’s bazar.

Prawie jak celebrytka

Od samego początku przykuwałam wzrok mieszkańców i budziłam duże zainteresowanie moją osobą. Najpierw dość ostrożnie, jakby badając teren, lokalni mieszkańcy zaczynali od krótkich pytań w stylu „Skąd jesteś i co robisz w Bangladeszu?”, „Ile masz lat i w jakim języku mówisz?”. Później już z większą odwagą wyciągali telefon i prosili o wspólne zdjęcia, a na końcu rozmowy zawsze dostawałam zaproszenie na rodzinny obiad czy kolację.

W świetle fleszy.

Kraj opowieści

Szybko zrozumiałam, że podróż do Bangladeszu nie będzie się liczyła ilością przebytych kilometrów, czy też liczbą odwiedzonych miejsc. Największą wartość po powrocie miało to, że dzięki czasowi spędzonemu z lokalnymi mieszkańcami, udało mi się zobaczyć to życie od kuchni, a moja kolekcja opowieści wzbogaciła się o kolejne ciekawe historie z różnych zakątków tego kraju.

Niekończące się rzeki Bangladeszu.

Żywioł miasta

W Dhace zobaczyłam życie miasta i panujące tam obyczaje. Dowiedziałam się o zmianach, które powoduje czas i też o rzeczach, które pozostają przez niego niedotknięte, gdyż są podparte długoletnią tradycją.
W hałasie ulic odnalazłam też wzór prawdziwej miłości i troski. Tej miłości rikszarza do swojej kolorowej rikszy. Czasami jest ona wszystkim, co posiada… Dla tego z taką precyzją dba o nią na co dzień. Dodaje nowe kolory, naoliwia skrzypiące mechanizmy, żeby później dumnie pokazać ją na zatłoczonych ulicach miasta.

Rikszarz i jego kolorowa towarzyszka.

Kontrasty

Z kolei w małych wioskach w pobliżu miasta Khulna, z bliska przyglądałam się zdecydowanie wolniejszemu, ale też nie pozbawionemu pędu życiu.
Podczas swojego pobytu, znalazłam odpowiedzi na pytania, które wcześniej pojawiły się u mnie w głowie, między innymi: Jak wygląda jeden dzień życia na wsi w Bangladeszu? Jak się rożni od tego co widziałam na Ukrainie czy w Polsce? Jaki jest podział obowiązków między członkami rodziny?

Prawie bez prądu.

Tradycje

Miałam też szczęście uczestniczyć w przygotowaniach do tradycyjnej ceremonii ślubnej. Ile trzeba mieć sari na wesele i jaki budżet trzeba przyszykować na to wydarzenie? Dlaczego nie można podróżować na miesiąc przed ceremonią zamążpójścia? I czy w Bangladeszu można poślubić kogoś z miłości? Kolejne pytania i tym razem znalazły swoją odpowiedź.

Scena z tradycyjnego wesela.

I cała reszta

Nie zabrakło też adrenaliny podczas szalonych przejażdżek autobusami, które otoczone są mitami i mają mroczną reputację „pojazdów – zabójców”. A ponad to wszystko, nie zabrakło też pięknych widoków za oknem, dużej ilości uśmiechów, pysznego jedzenia i niekończącej się przygody…

Na dachu autobusu zdecydowanie najlepiej.

Zaciekawił Cię opis prelekcji? Przyjdź i posłuchaj pełnej wersji.

A może wybierasz się do Bangladeszu i masz jakieś pytania?